Spontaniczny muchomorek

Wakacje Komentarze (0) »

Kiedyś byłam bardzo dobrze zorganizowaną kobietą, planującą życie niemal co do minuty. Wiedziałam, jak będę spędzać weekend, jak wakacje, którego popołudnia wybiorę się do teatru, a kiedy podwinę rękawy i zabiorę się za porządki. Tak było kiedyś…

Od czasu pojawienia się Ani całe planowanie, mówiąc brzydko, wzięło w łeb. Co z tego, że umówiliśmy się ze znajomymi na popołudniową pogawędkę, kiedy właśnie tego dnia dziecku zaczęły wyrzynać się ząbki i zamiast kulturalnie rozmawiać przy filiżance kawy, musiałam jak nadpobudliwiec chodzić po pokoju z rozpaczliwie pokrzykującym dzieckiem na rękach. Co drugie słowo z rozmowy mi ulatywało, choć dzielnie próbowaliśmy przekrzyczeć dziecięce wrzaski. Od tego czasu stwierdzam, że kulturalna pogawędka może poczekać a wyrzynające się ząbki nie. Czasem tylko zapominam, że choć moje dzieci mają już większość zębów, nadal będą mnie stale zaskakiwać, uczyć spontaniczności i życia z minuty na minutę.

Każde zaplanowanie czegoś, automatycznie skazuje przedsięwzięcie na niepowodzenie. Ze znajomymi zamiast umawiać się z tygodniowym wyprzedzeniem, zdzwaniamy się w sobotę popołudniu, wskakujemy w samochody i spotykamy się zanim komuś coś poważnego się nie wydarzy (katar, czy lekkie przeziębienie już dawno przestały być czymś poważnym). O wieczornym wyjściu do kina decydujemy w przeciągu sekundy, najczęściej kiedy jest u nas dziadek na obiedzie, po którym lubi sobie uciąć drzemkę, zaraz po przebudzeniu się zostaje zawiadomiony:

- Tatuś, zamknij za nami drzwi. My teraz pojedziemy do kina, a ty zostaniesz z dziećmi. Na kolacje zrób im kanapki, sami się wykąpią, przypilnuj tylko żeby umyli zęby, wielkie dzięki, jesteś wspaniały… Papa – dodajemy odjeżdżając z podjazdu.

Uczę się życia spontanicznego, ale nie potrafię tego jeszcze zastosować, jeśli chodzi o planowanie wakacji. Te letnie miesiące również po staremu starałam się perfekcyjnie rozplanować, tak by dzieci miały w każdym tygodniu jakieś atrakcje. I wszystko szło zgodnie z planem do tego tygodnia. Chyba dlatego, że to miał być tydzień dla mnie. Oczywiście nie na leżenie z książką w cieniu lipy. Ten tydzień Ania i Kuba mieli spędzić na półkoloniach jeździeckich, a ja w tym czasie chciałam nadrobić sprawy służbowe, by za tydzień ze spokojną głową móc wyruszyć na upragnione dwutygodniowe wakacje. W poniedziałek zawiozłam dzieci do stadniny i zachwycone zostawiłam. Kiedy po nich przyjechałam byli bardzo podekscytowani. Dla Kuby to pierwsze półkolonie. Po południu pokładał się, przysnął nawet na kanapie. Pocieszałam się, że może emocje biorą górę. Ale wieczorem zaczęłam nerwowo mierzyć mu temperaturę, by ranek powitać z okrzykiem OSPA.

Ania na szczęście przechodziła już ospę, także może ze jeździć na koniach. Praca musi czekać na nocną porę, kiedy mogę w spokoju odpalić komputer i nikt co trzy sekundy nie zadaje mi tysiąca pytań. Kuba dostaje leki przyspieszające wyleczenie ospy, a ja nerwowo liczę kolejne kropeczki i zastanawiam się czy już odwoływać dwa tygodnie wylegiwanie się na słonecznej plaży czy jeszcze poczekać, licząc że ospa da nam spokój.

Idę zamienić mojego synka w muchomora z coraz większą ilością białych kropek…

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj