Uwielbiam jesień, jej początki wrześniowo – październikowe. Słońce już nie przypala, powietrze nabiera orzeźwiających mocy, wieczorny spacer wycisza. Początki roku szkolnego i związana z tym bieganina już za nami. Teraz można zwolnić. Przysiąść z kubkiem gorącej czekolady i zagapić się na cudnie kolorowe liście.
Jak tylko mamy chwilkę wolnego uciekamy do lasu, by nacieszyć się nim. Z każdego spaceru przynosimy do domu jesienne skarby, z których wieczorami wyrabiamy najróżniejsze dekoracje. Szyszkowo - kasztanowy wieniec na drzwi wita naszych gości już od progu. W wazonach rozstawionych po całym domu układamy suszone bukiety, najładniej wyglądają te dębowe. Do szklanej misy wsypaliśmy wypolerowane słońcem kasztany. Przypominają najwspanialsze, błyszczące czekoladki. I jak na czekoladki przystało, co chwile ich ubywa, by dostąpić zaszczytu i przeistoczyć się w najrozmaitsze kasztanowe figurki. Tu dziecięca wyobraźnia jest niezastąpiona. Czapeczki pożyczone od żołędzia, łódeczki z kawałków kory, miękka poduszka z mchu…
Jesień też weszła do naszej kuchni. W piekarniku suszymy grzyby, które w weekend uzbieraliśmy. Wcześniej próbowaliśmy suszyć grzyby na sznurkach, ale jakoś nam się to nie udawało. Teraz podsuszamy je nowocześniejszą metodą (termoobieg 50 st.C). Zapach rozchodzi się po całym domu! Na obiad faszerujemy mięsem i ryżem papryki. Z kolorowych papryk (czerwona, żółta, zielona, pomarańczowa) robimy leczo – wesołe danie, jak mówią dzieciaki. A na deser gruszki z polewą czekoladową, placek ze śliwkami, jabłeczniki… Nic tylko palce lizać.
Jesienią też mniej mnie drażni roztrzepanie mojej córeczki. Sama zapominam o wielu sprawach, ale na jesień łagodnieje, pomalutku przechodzę w zimowy, senny tryb. Ostatnio Anusia zawiadomiła mnie, że nie może przeczytać lektury, bo nie ma jej w domu, choć nasz księgozbiór jest pokaźny, a w bibliotece szkolnej już wszystkie egzemplarze zostały wypożyczone.
- A jaką książkę masz przeczytać? – zapytałam
- Nie pamiętam dokładnie tytułu, ale coś z Basią – odpowiedziała Ania
- Może „Awantura o Basię”? – inny tytuł z Basią nie przychodził mi do głowy.
- O tak, tak – zawołała Ania i pobiegła, zostawiając problem zdobycia książki na mojej głowie.
Zadzwoniłam do biblioteki, znajdującej się dość blisko domu, gdzie miła pani odłożyła dla mnie „Awanturę o Basię”. Umówiłam się, że na następny dzień przyjdziemy po książkę, teraz jakoś nie chciało mi się opuszczać domowych pieleszy. I dobrze, bo wieczorem, kiedy Aneczka pakowała plecak zajrzała do zeszytu z polskiego i z miną aniołka podeszła do mnie:
- Mamo, pomyliła mi się Basia z Kasią.
- Co kochanie? – nie bardzo zrozumiałam
- No, pomyliła mi się Basia z Kasią i nie potrzebuję „Awantury o Basię” tylko „Oto jest Kasia”.
Jak dobrze, że jest jesień i nie poszłam do biblioteki od razu…
Ostatnie komentarze