Piknik

Wakacje Komentarze (0) »

Jedną z największych nagród dla naszych dzieci jest piknik. Bierzemy wówczas koc, koszyk piknikowy wypełniony smakołykami, piłkę, książki i udajemy się do parku poleniuchować.

Przez ostatnich kilka dni dzieci zachowywały się w miarę grzecznie, a i mi zamarzyło się popołudnie na trawie. Jakoś w przydomowym ogródku rzadko udaje mi się poleżeć z książką dłużej niż pół godziny, ponieważ co chwilę jestem odrywana od przyjemności do matczynych obowiązków. A to komuś coś trzeba sięgnąć z najwyższej półki, a to ktoś jest potwornie głodny i dłużej tego nie wytrzyma, a to ktoś stwierdzi przymilnym głosikiem, że może poczytamy wspólnie, wgramoli się na kolana ze swoją lekturą i…

A podczas pikniku wszyscy zaczynają funkcjonować inaczej. Koc rozkładamy zawsze w pobliżu placu zabaw, na tyle blisko żeby widzieć nasze „maleństwa”, ale i na tyle daleko, by z każdym drobiazgiem do nas nie przybiegały i próbowały radzić sobie samodzielnie. Oprócz placu zabaw konieczna jest polana, na której można do woli się wyhasać (czasem zastanawiam się, czy z moim synkiem jest wszystko w porządku, kiedy po raz czterdziesty obiega polanę dookoła i z radością pokrzykuje – ale widocznie chłopcy tak mają). Nasze obozowisko staramy się rozbijać w pobliżu drzew, by korzystać z ich cienia, a także, by dzieci mogły zrobić sobie bazę, na przykład otulone wierzbą płaczącą. Pewnie wszyscy byliby również zachwyceni, gdyby w pobliżu było jezioro albo płynęła rzeczka, ale wówczas poza radością dochodzą zagrożenia (możliwość utopienia się) także do leniuchowania woda nie jest konieczna.

W momencie rozkładania koca dzieciaki już zaglądają do koszyka, co też tam zabrałam. Podstawą jest picie – woda, którą można również wykorzystać do przemycia ciągle brudzących się łapek. Czasem wezmę jakiś sok w kartoniku, koniecznie ze słomką. Zimą niezbędny jest termos z herbatką i cytryną, ale to innym razem. Poza napojami pakuję – przekąski i to najlepiej takie na raz do buzi, do których nie musimy używać noża czy widelca. Na pikniku świetnie smakuje surowa marchewka czy różyczki surowego kalafiora, jabłka, nie wspominając o bananach, morelach… Zazwyczaj staram się zabrać jakieś kanapki, bo świeże powietrze pobudza apetyt moich stworów. Jeszcze dobrze się nie rozłożymy, a już słyszę:

- Mamo, a z czym są kanapki?

- A jak zjem kanapkę to masz coś słodkiego? Tylko proszę nie mów słodkie jabłuszko.

Mówiąc to ostanie przybierają dziwny ton głosu, jakby chcieli mnie przedrzeźniać, ale to przecież niemożliwe.

Oczywiście piknik bez słodkiego nie byłby pełnym piknikiem, także zazwyczaj przed wybraniem się pieczemy mufinki bananowe, marchewkowe, czekoladowe… Ostatnio Ania staje się domową specjalistką od tych słodkich babeczek i muszę przyznać, że wychodzą jej wyśmienicie. Tym razem upiekła mufinki bananowe. Do 300g mąki dodała1,5 łyżeczki proszku do pieczenie, szczyptę soli, trochę mielonego imbiru, cynamonu, wanilii, 100g brązowego cukru. W garnuszku roztopiła 60g masła, do którego dodała 2 łyżki miodu, 125ml mleka, dwa jajka. Wszystkie składniki razem łyżką wymieszała, na końcu dodając dwa rozgniecione banany. Potem następuje najtrudniejszy moment, czyli trafienie łyżką do dwunastu mufinkowych foremek. Do piekarnika blachę wstawiamy razem i całość pieczemy ok 25 min. w temperaturze 175st.C. Mufinki zawsze smakują doskonale, a już na kocu w parku po prostu bosko.

Zakupy z dziećmi

Wakacje Komentarze (6) »

Nie ma to jak wakacje, dwoje dzieci i konieczność zrobienia zakupów. Po dwóch minutach w sklepie chcę uciekać stamtąd, nabierając przekonania, że jedzenie nie jest konieczne, wystarczy chleb i mleko…

Wróciliśmy z pobytu nad jeziorem. W lodówce poza światłem, słoikiem dżemu i puszką tuńczyka nie było nic więcej. Dziarsko podjęłam decyzję, że rano pojadę z dziećmi po zakupy. A trzeba było wyskoczyć do nocnego sklepu.

Nasze Aniołki nie są przyzwyczajone do zakupów, bo bardzo rzadko zabieramy je na nie. Zaraz po wejściu ustalamy, precyzyjniej będzie jak napiszę, że to ja ogłaszam, zasady panujące w centrum handlowym. Do podstawowych należą: nie krzyczymy, nie biegamy, trzymamy się mamy i nie kupujemy nic spoza listy, żadnych gum, cukierków, lizaków, autek czy pluszaków, za to potem idziemy na lody. Wydawało mi się, że zasady są jasne, a dzieci mają obiecaną nagrodę, dla której warto wytrzymać 15 minut. Kuba dorzucił do tego: Czytaj dalej »

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa Sweet angels.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj