Chorobowy tydzień

Codzienność Komentarze (0) »

Jaki tu dziś panuje spokój. Nikt o nic nie pyta, nikt o nic nie prosi. Nawet pies zwolnił obroty i tylko co jakiś czas leniwie machnie ogonem. Wolno popijam kawę, delektując się jej smakiem. Liczę, że mi nikt tego poranka nie przerwie.

W ubiegły czwartek odbierałam dzieci ze szkoły, nie przeczuwając, że nasz rytm zostanie zachwiany. Jak zawsze zostałam zarzucona plecakami, książkami wypożyczonymi z biblioteki, workami od w-f. Kiedy w żółwim tempie posuwaliśmy się w stronę samochodu Ania oświadczyła:

- Nie robię dziś lekcji. Będę chora!

- Mamo, ona tylko tak mówi, żeby nie robić lekcji – szybko ostrzegł mnie Kuba.

Za plecaków, książek i worków próbowałam przyjrzeć się mojej córeczce. Dojechaliśmy do domu. Ania przykryta kocem położyła się na kanapie. Czekałam aż zapyta, czy może obejrzeć jakiś program w telewizji. Ale nie zapytała. Wiedziałam, że sprawa jest poważna.

- Zimno mi mamo, zrobisz mi herbatę – zawołała Ania

Już biegłam z termometrem, zamieniając się w kwoko-pielęgniarkę. Herbata malinowa, cytryny, miody, czosnki, trany zaczęłam wyciągać i przygotowywać nasz dom na spotkanie z chorobą.

W nocy Ania dostała temperaturę, ale poza tym cisza. Poprosiłam zaprzyjaźnioną lekarkę, by się jej przyjrzała.

- Wirusówa. Siedem dni w domu, odpoczynek, witaminki i będzie jak nowa – usłyszałam uspokajający werdykt.

W sobotę położył się Kuba i z własnej nieprzymuszonej woli przespał pół dnia. W nocy dostał temperaturę – werdykt taki sam.

No to mam tydzień z głowy. Dwójka dzieci, mająca energii za siódemkę (temperatura się już nie powtórzyła) i próby odpoczynku. Między nimi dwumiesięczne szczenię. Ratunku!

Ustaliliśmy sobie rytm dnia, dzięki któremu tydzień jakoś nam upłynął. Przed południem dzieciaki nadrabiały zaległości szkolne. A ja próbowałam pracować i tylko czasem łapałam się, że w służbowym mailu wypisuję wyrazy z „ó” niewymiennym, które Ania wyliczała na głos. Kuba dzielnie rysował szlaczki, choć zdecydowanie bardziej wolał poważniejsze zadania. W końcu rączkę równie dobrze można ćwiczyć sklejając łańcuch na choinkę. Dziś mamy chyba najdłuższy łańcuch w okolicy. Po lekcjach zabieraliśmy się za wspólne prace kuchenne. Dzieciaczki, ku radości taty, przygotowywały ciasteczka, sałatki… Potem odpoczynek przy „Lassie wróć”, którą Kubuś przyniósł z biblioteki. I wreszcie upragniony przyjazd taty. Po dwóch dniach włączyliśmy do planu spacery po lesie i trochę energii zostawialiśmy między drzewami.

Dzieci miały wreszcie okazję, by całe dnie spędzać z Qkim. Ania zamieniła się w troskliwą opiekunkę, a Kuba odkrył nowego kompana, który coraz częściej dorównuje mu poziomem energii. Ich ulubioną rozrywką stały się domowe turnieje piłkarskie.

- Proszę państwa, oto wspaniały psi piłkarz – komentował zabawę Kubuś – proszę jak on podaje piłkę, jak broni.

Jednego razu mecz został przerwany. Qki zamiast podawać piłkę postanowił na niej usiąść.

- Mamo, czy on myśli, że jest kurą i znosi jajka – zawołał z oburzeniem Kuba i trochę trwało (dobre dwie minuty) zanim się znów zabrali za wspólne psoty.

Chorobowy tydzień minął, a ja dziś nawet radia nie włączam. Jak przyjemnie jest słuchać tykającego zegara…

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj