Żołnierz i księżniczka

Codzienność Komentarze (1) »

Mam dwoje dzieci. Wychowują się w tym samym domu, wśród tych samych zasad, obowiązków, otoczone tą samą porcją (w każdym razie bardzo się staramy) miłości. A jednak jest to dwójka tak odmiennych ludzi, charakterów. Rozumiem, ze mają zróżnicowane zainteresowania, inaczej postrzegają świat. Czasem jednak, próbując stanąć obok, widzę jakby byli wychowywani w dwóch różnych domach, przez zupełnie innych rodziców. I wówczas stawiam sobie pytanie, czy to wychowywanie w ogóle ma jakiś sens? Wiem czasem lepiej pewnych pytań nie zadawać.

 

Ranek. Budzik wyrywa nas z błogiego stanu, rozum nakazuje nie odwlekać egzekucji i jak najszybciej wysunąć się z ciepłego kokonu nocy. Toczę wewnętrzną walkę przed zimnem poranka. I wówczas słyszę, tupot stópek małego robaczka. Staje w drzwiach sypialni szczęśliwy chłopiec. Jego uśmiech na ustach mówi mi, że na świecie nie jest tak źle, że wystarczy przełamać opór, wyskoczyć spod kołdry i będzie super. Na moment przytula się do mnie, by już biec szorować ząbki, ubierać ciuszki, niemal w locie połykać śniadanie, do plecaka włożyć picie, kanapkę, owoc i oczywiście coś słodkiego, jeszcze buty, bluza szkolna i gotowy żołnierz stoi przed drzwiami, a z jego ust wydobywa się okrzyk pierwszy. Tylko z kim on się ścigał?

 

Obok w pokoju nie mieszka przecież drugi zawodnik. Tam zaszyła się księżniczka. Ona pierwsza nie wybiega, ona czeka aż przyjdą ją budzić. Ona nie zrywa się z łóżka tylko zapada się w nie coraz głębiej. Tulona i oblepiana porannymi pocałunkami coraz mocniej zaciąga kołdrę na głowę, jakby ta puchowa pierzynka miała ją zasłonić przed światem. Tam nikogo nie ma, zostawcie laleczkę w spokoju, pozwólcie jej jeszcze chwilkę pobyć w krainie marzeń. Zaspane oczka razi światło słońca, uszy bolą od porannych dźwięków, nóżki nie dają sobie rady z krokami, a rączki nie chcą trzymać szczotki do zębów. Odkręcenie pasty jest wysiłkiem niebywałym, a to dopiero początek zmagań z dniem.

 

Przez pierwsze minuty podchodzę do Ani ostrożnie, starając się pomóc jej w przezwyciężaniu trudów poranka. Jednak im bliżej do godziny zero i wyjazdu do szkoły tym szybciej można zobaczyć jak moja cierpliwość zamienia się w rozdrażnienie. Kiedy uda mi się wyciągnąć śpiocha z łóżka i widzę, że kieruje się w stronę łazienki zostawiam ją i schodzę do kuchni, szykować śniadanie. Co jakiś wołam kontrolnie Aniu! Jak trener na swych zawodników nadając im tempo. Gdy nie słyszę żadnych ruchów na górze, wbiegam na pięterko i staram się nie eksplodować, widząc Anię malującą kwiatki na zaparowanym lustrze w łazience. Wiem, że to dopiero początek, za chwilę zaczną się dyskusje odnośnie rzeczy, które dzień wcześniej Ania sobie przygotowuje. Ale przecież jak można przewidzieć wieczorem, w co człowiek rano będzie się chciał ubrać. Potem fryzura: kitki, warkoczyki, rozpuszczone… Zejście na śniadanie. Czuję się jak kat, który nie pozwala układać abstrakcyjnych wzorków z chrupek, który zabija dziecięcą wyobraźnię. Chłopaki siedzą już w samochodzie i grzeją silniki, a przed Anią jeszcze wybór butów, bluza… Zazwyczaj kiedy już już wydaje mi się, że zamknę za nimi drzwi i zostawię kolejny poranek za sobą Ani przypomina się, że czegoś zapomniała i musi biec na górę.

 

Ale wreszcie udaje się. Towarzystwo w samochodzie pędzi na spotkanie ze światem. A ja przygotowuje sobie kawę, słucham tykającego zegara, popijam pierwszy łyk i witam się z dniem.

 

 

Osiołkowi w żłoby dano

Codzienność Komentarze (0) »

Pierwsze dwa tygodnie września za nami. Czuję się jak taksówkarz na podwójnym etacie. Do szkoły, ze szkoły, na zebranie jedno, drugie, bilans sześciolatka w przychodni, gdzie okazuje się, że córka musi mieć szczepienie:

- Szkoła was nie powiadomiła? – pyta zdziwiona pielęgniarka.

- Przecież tym się zajmuje przychodnia a nie my – odpowiada „szkoła”.

Jak na złość właśnie mija pół roku od ostatniej wizyty u dentysty, więc trzeba i ten punkt na mapie zaliczyć. Po drodze tradycyjnie zahaczamy już o sklep papierniczy, księgarnie i bankomat. Powinnam mieć jakąś zniżkę w bankomacie – kartę stałego klienta. A jeszcze do tego wybór zajęć dodatkowych…

 

Od samego rana człowiek musi wybierać, w co się ubrać (błogosławione mundurki!), co na śniadanie (chrupki z mlekiem, kaszka, owsianka a może chałka z miodem), co przygotować dzieciom na drugie śniadanie… Mamy umowę, że raz w tygodniu mogą mieć kanapki na słodko (masło orzechowe lub nutella), ale pozostałe cztery dni trzeba wymyślać. I tak przez cały dzień stajemy przed mniej lub bardziej ważnymi wyborami. Kiedy człowiek ma świadomość, że jeden wybór pociąga za sobą rozmaite konsekwencje jest mu zdecydowanie trudniej podejmować decyzję. A jeśli mamy pomagać w wyborach dzieci, kształtując w ten sposób ich przyszłość, rany co za odpowiedzialność.

 

Wiadomo, że bez znajomości języków obcych dzieciaki będą w przyszłości skazane na analfabetyzm komunikacyjny. Zatem od najmłodszych lat nauka angielskiego, teraz doszedł niemiecki, jest wpisana w stały plan zajęć. Nasze anioły są niezwykle żywotne, więc jak najbardziej wskazane są dla nich zajęcia sportowe. Mając zaledwie kilka miesięcy oboje zaczęli chodzić na basen i do dziś pływanie uwielbiają. A że to sport, który wszechstronnie rozwija, to jak najbardziej jestem za.

 

Ania uwielbia tańczyć. Od lekcji baletu doszła do zajęć z funky i w tym tańcu się rozkochała – kolejny tygodniowy punkt programu. Kuba poszukuje swojej pasji. W zeszłym roku spodobała mu się piłka nożna, ale jakoś ja nie jestem do tego przekonana. Mąż, na szczęście, nie rozsiada się z namaszczeniem w fotelu przed każdym meczem, także tradycji piłkarskich w rodzinie nie ma. W tym roku oboje bardzo chcieli iść na Aikido – zobaczymy czy im się spodoba. Wczoraj dowiedziałam się jeszcze o kółku sportowym w szkole.

 

Poza sportami Ania jest z natury urodzoną artystką, bujającą w obłokach, także kółko plastyczne – jak najbardziej, Kuba, choć zdecydowanie mocniej stąpający po ziemi, rozpoczął karierę w dziedzinie ceramiki. Będzie trzeba powiększyć półkę, by prace synka mogły dumnie stanąć obok dzieł córki, która przez dwa lata także uczęszczała do pracowni ceramicznej. Szkoła oferuje kółko o Unii Europejskiej, na które oboje zapisali się, jak tylko pani wywiesiła listę. Wiem, że bardzo interesują się geografią, światem a pani, prowadząca kółko, bardzo ciekawie prowadzi zajęcia, ale zastanawia mnie czy czasem nie skusiły ich jeszcze bardziej lizaki, które na koniec zajęć są przez panią rozdawane.

 

Na początku tygodnia mieliśmy małą aferę, bo Kuba bardzo chciał jeszcze chodzić na szachy, ale doszliśmy do porozumienia, że kółko szachowe otworzą sobie z dziadkiem i zamiast do dusznej sali (za kolejną stówkę miesięcznie) będą rozgrywać partyjki przed kominkiem w długie zimowe wieczory.

 

Pomału kształtuje się obraz naszego tygodnia. Dobrze rozpisany plan będzie nieocenioną pomocą, by nikt pomylić fartuszka z ceramiki z kąpielówkami. A ja zastanawiam się czy kupić sobie kalosze? Jeśli nie kupię, koniec z marzeniami o deszczowych spacerach po lesie (na które i tak nie będzie czasu). Ale od czego są marzenia. Jadę kupić, takie kolorowe, najlepiej w kwiatki i z „futerkiem” w środku.

Trójkątne kredki i gumka w kształcie autka

Wakacje Komentarze (0) »

Kilka dni temu wróciliśmy z wakacji. Wypoczęci, wyspani, nasyceni słońcem… I od razu wskoczyliśmy w wir przygotowań do szkoły. Nie minął tydzień a ja znów marzę o plaży, wieczornych spacerach i dylemacie czy na deser zamówić lody truskawkowe czy waniliowe…

 

Dzień po powrocie odważnie wybrałam się z dwójką dzieci na zakupy szkolne. Wakacje zupełnie mnie zamroczyły i zapomniałam, że powinnam do takiego zadania znacznie lepiej się przygotować. Podjechaliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu papierniczego, który nie dość, że jest świetnie zaopatrzony, to ma profesjonalną obsługę, cierpliwie tłumaczącą różnice na przykład w piórach wiecznych. Dziś bowiem nie wystarczy wybrać koloru i wzoru na piórze, a zapewniam, że dokonanie tego jest niebywale wyczerpujące, ale jeszcze trzeba sprzedawcę poinformować, czy pióro jest przewidziane dla osoby prawo czy leworęcznęj, czy jest to pierwsze spotkanie z piórem, czy też jesteśmy już wprawieni w pisaniu, czy mocno przyciskamy stalówkę, czy też delikatnie muskamy papier…

 

Po wybraniu pióra dla Ani i spokojnym tłumaczeniu Kubie, że na pióro dla niego też przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz. Synek zaczyna dopiero szkołę, także w jego piórniku miejsce pióra musi zająć zestaw dobrze naostrzonych ołówków. Wybór ołówków poszedł nam dość szybko, bo dzieci spieszyły się już do zeszytów. Tysiące kolorowych okładek zapraszało do wybrania właśnie ich, a każda krzyczała, że jest najpiękniejsza. Sami superbohaterowie spoglądali na mnie i prosili kup, kup, kup. Z pomocą przyszedł sprzedawca i wskazał nam zeszyty z najgrubszym papierem, który nie przebija i tak szybko się nie przetrze, jeśli będziemy chcieli bardzo starannie coś wymazać. Okazało się, że większość superbohaterów musiała wrócić na półkę a ich miejsce w koszyku zajęły pieski, żyrafy i króliczki.

 

Teraz przyszła kolej na kredki, dla Kuby najlepsze trójkątne, a do niech specjalne trójkątna temperówka, Ania marzyła o jak największej ilości kolorów, ale udało nam się wynegocjować 12 sztuk, bo tyle zmieści się w piórniku. Obok kredek leżały gumki kolorowe, pachnące, kształtem przypominające samoloty, kwiatki, autka, serduszka. Pani jednak doradziła nam, że im mniej kolorowe i o prostszych kształtach tym lepiej marzą. Zawiedzione miny dzieciaków zmieniły się dopiero przy naklejkach na zeszyty i planach lekcji.

- Czy chociaż tu możemy wybrać coś sami, nie słuchając tych głupkowatych rad? – zapytała Ania.

A Kuba tylko dodał:

- No właśnie, prosimy!

Obejrzałam się za siebie, gdzie miła pani uśmiechając się pod nosem zaczęła porządkować farby, pędzelki, plastelinę i inne niezbędne rzeczy które my również musieliśmy nabyć.

 

Gdy doszliśmy do kasy czułam się bardzo zmęczona, potem gdy miła pani podsumowała nasze zakupy już mi również przestała się wydawać taka miła. Na szczęście po powrocie do domu dzieci całe popołudnie układały swoje skarby na półkach, w piórnikach. A wieczorem przy kolacji stwierdzili, że był to jeden z najfajniejszych dni wakacyjnych.

Spontaniczny muchomorek

Wakacje Komentarze (0) »

Kiedyś byłam bardzo dobrze zorganizowaną kobietą, planującą życie niemal co do minuty. Wiedziałam, jak będę spędzać weekend, jak wakacje, którego popołudnia wybiorę się do teatru, a kiedy podwinę rękawy i zabiorę się za porządki. Tak było kiedyś…

Od czasu pojawienia się Ani całe planowanie, mówiąc brzydko, wzięło w łeb. Co z tego, że umówiliśmy się ze znajomymi na popołudniową pogawędkę, kiedy właśnie tego dnia dziecku zaczęły wyrzynać się ząbki i zamiast kulturalnie rozmawiać przy filiżance kawy, musiałam jak nadpobudliwiec chodzić po pokoju z rozpaczliwie pokrzykującym dzieckiem na rękach. Co drugie słowo z rozmowy mi ulatywało, choć dzielnie próbowaliśmy przekrzyczeć dziecięce wrzaski. Od tego czasu stwierdzam, że kulturalna pogawędka może poczekać a wyrzynające się ząbki nie. Czasem tylko zapominam, że choć moje dzieci mają już większość zębów, nadal będą mnie stale zaskakiwać, uczyć spontaniczności i życia z minuty na minutę.

Każde zaplanowanie czegoś, automatycznie skazuje przedsięwzięcie na niepowodzenie. Ze znajomymi zamiast umawiać się z tygodniowym wyprzedzeniem, zdzwaniamy się w sobotę popołudniu, wskakujemy w samochody i spotykamy się zanim komuś coś poważnego się nie wydarzy (katar, czy lekkie przeziębienie już dawno przestały być czymś poważnym). O wieczornym wyjściu do kina decydujemy w przeciągu sekundy, najczęściej kiedy jest u nas dziadek na obiedzie, po którym lubi sobie uciąć drzemkę, zaraz po przebudzeniu się zostaje zawiadomiony:

- Tatuś, zamknij za nami drzwi. My teraz pojedziemy do kina, a ty zostaniesz z dziećmi. Na kolacje zrób im kanapki, sami się wykąpią, przypilnuj tylko żeby umyli zęby, wielkie dzięki, jesteś wspaniały… Papa – dodajemy odjeżdżając z podjazdu.

Uczę się życia spontanicznego, ale nie potrafię tego jeszcze zastosować, jeśli chodzi o planowanie wakacji. Te letnie miesiące również po staremu starałam się perfekcyjnie rozplanować, tak by dzieci miały w każdym tygodniu jakieś atrakcje. I wszystko szło zgodnie z planem do tego tygodnia. Chyba dlatego, że to miał być tydzień dla mnie. Oczywiście nie na leżenie z książką w cieniu lipy. Ten tydzień Ania i Kuba mieli spędzić na półkoloniach jeździeckich, a ja w tym czasie chciałam nadrobić sprawy służbowe, by za tydzień ze spokojną głową móc wyruszyć na upragnione dwutygodniowe wakacje. W poniedziałek zawiozłam dzieci do stadniny i zachwycone zostawiłam. Kiedy po nich przyjechałam byli bardzo podekscytowani. Dla Kuby to pierwsze półkolonie. Po południu pokładał się, przysnął nawet na kanapie. Pocieszałam się, że może emocje biorą górę. Ale wieczorem zaczęłam nerwowo mierzyć mu temperaturę, by ranek powitać z okrzykiem OSPA.

Ania na szczęście przechodziła już ospę, także może ze jeździć na koniach. Praca musi czekać na nocną porę, kiedy mogę w spokoju odpalić komputer i nikt co trzy sekundy nie zadaje mi tysiąca pytań. Kuba dostaje leki przyspieszające wyleczenie ospy, a ja nerwowo liczę kolejne kropeczki i zastanawiam się czy już odwoływać dwa tygodnie wylegiwanie się na słonecznej plaży czy jeszcze poczekać, licząc że ospa da nam spokój.

Idę zamienić mojego synka w muchomora z coraz większą ilością białych kropek…

Piknik

Wakacje Komentarze (0) »

Jedną z największych nagród dla naszych dzieci jest piknik. Bierzemy wówczas koc, koszyk piknikowy wypełniony smakołykami, piłkę, książki i udajemy się do parku poleniuchować.

Przez ostatnich kilka dni dzieci zachowywały się w miarę grzecznie, a i mi zamarzyło się popołudnie na trawie. Jakoś w przydomowym ogródku rzadko udaje mi się poleżeć z książką dłużej niż pół godziny, ponieważ co chwilę jestem odrywana od przyjemności do matczynych obowiązków. A to komuś coś trzeba sięgnąć z najwyższej półki, a to ktoś jest potwornie głodny i dłużej tego nie wytrzyma, a to ktoś stwierdzi przymilnym głosikiem, że może poczytamy wspólnie, wgramoli się na kolana ze swoją lekturą i…

A podczas pikniku wszyscy zaczynają funkcjonować inaczej. Koc rozkładamy zawsze w pobliżu placu zabaw, na tyle blisko żeby widzieć nasze „maleństwa”, ale i na tyle daleko, by z każdym drobiazgiem do nas nie przybiegały i próbowały radzić sobie samodzielnie. Oprócz placu zabaw konieczna jest polana, na której można do woli się wyhasać (czasem zastanawiam się, czy z moim synkiem jest wszystko w porządku, kiedy po raz czterdziesty obiega polanę dookoła i z radością pokrzykuje – ale widocznie chłopcy tak mają). Nasze obozowisko staramy się rozbijać w pobliżu drzew, by korzystać z ich cienia, a także, by dzieci mogły zrobić sobie bazę, na przykład otulone wierzbą płaczącą. Pewnie wszyscy byliby również zachwyceni, gdyby w pobliżu było jezioro albo płynęła rzeczka, ale wówczas poza radością dochodzą zagrożenia (możliwość utopienia się) także do leniuchowania woda nie jest konieczna.

W momencie rozkładania koca dzieciaki już zaglądają do koszyka, co też tam zabrałam. Podstawą jest picie – woda, którą można również wykorzystać do przemycia ciągle brudzących się łapek. Czasem wezmę jakiś sok w kartoniku, koniecznie ze słomką. Zimą niezbędny jest termos z herbatką i cytryną, ale to innym razem. Poza napojami pakuję – przekąski i to najlepiej takie na raz do buzi, do których nie musimy używać noża czy widelca. Na pikniku świetnie smakuje surowa marchewka czy różyczki surowego kalafiora, jabłka, nie wspominając o bananach, morelach… Zazwyczaj staram się zabrać jakieś kanapki, bo świeże powietrze pobudza apetyt moich stworów. Jeszcze dobrze się nie rozłożymy, a już słyszę:

- Mamo, a z czym są kanapki?

- A jak zjem kanapkę to masz coś słodkiego? Tylko proszę nie mów słodkie jabłuszko.

Mówiąc to ostanie przybierają dziwny ton głosu, jakby chcieli mnie przedrzeźniać, ale to przecież niemożliwe.

Oczywiście piknik bez słodkiego nie byłby pełnym piknikiem, także zazwyczaj przed wybraniem się pieczemy mufinki bananowe, marchewkowe, czekoladowe… Ostatnio Ania staje się domową specjalistką od tych słodkich babeczek i muszę przyznać, że wychodzą jej wyśmienicie. Tym razem upiekła mufinki bananowe. Do 300g mąki dodała1,5 łyżeczki proszku do pieczenie, szczyptę soli, trochę mielonego imbiru, cynamonu, wanilii, 100g brązowego cukru. W garnuszku roztopiła 60g masła, do którego dodała 2 łyżki miodu, 125ml mleka, dwa jajka. Wszystkie składniki razem łyżką wymieszała, na końcu dodając dwa rozgniecione banany. Potem następuje najtrudniejszy moment, czyli trafienie łyżką do dwunastu mufinkowych foremek. Do piekarnika blachę wstawiamy razem i całość pieczemy ok 25 min. w temperaturze 175st.C. Mufinki zawsze smakują doskonale, a już na kocu w parku po prostu bosko.

Zakupy z dziećmi

Wakacje Komentarze (4) »

Nie ma to jak wakacje, dwoje dzieci i konieczność zrobienia zakupów. Po dwóch minutach w sklepie chcę uciekać stamtąd, nabierając przekonania, że jedzenie nie jest konieczne, wystarczy chleb i mleko…

Wróciliśmy z pobytu nad jeziorem. W lodówce poza światłem, słoikiem dżemu i puszką tuńczyka nie było nic więcej. Dziarsko podjęłam decyzję, że rano pojadę z dziećmi po zakupy. A trzeba było wyskoczyć do nocnego sklepu.

Nasze Aniołki nie są przyzwyczajone do zakupów, bo bardzo rzadko zabieramy je na nie. Zaraz po wejściu ustalamy, precyzyjniej będzie jak napiszę, że to ja ogłaszam, zasady panujące w centrum handlowym. Do podstawowych należą: nie krzyczymy, nie biegamy, trzymamy się mamy i nie kupujemy nic spoza listy, żadnych gum, cukierków, lizaków, autek czy pluszaków, za to potem idziemy na lody. Wydawało mi się, że zasady są jasne, a dzieci mają obiecaną nagrodę, dla której warto wytrzymać 15 minut. Kuba dorzucił do tego: Czytaj dalej »

Słodkie nicnierobienie

Wakacje Komentarze (0) »

Jeszcze wczoraj zastanawiałam się po co mi to, kiedy biegałam między jedną walizką a drugą, starając się nie zapomnieć o syropku na gorączkę (w razie czego), plastrach na bolące kolano, wodzie, gdyby zachciało się pić, piżamce, żeby wieczorem nie było niespodzianki…

W końcu udało nam się zapakować i późnym popołudniem dojechaliśmy do naszego domku na wsi. Kiedy tylko wnieśliśmy bagaże, otworzyliśmy okiennice, głęboko wciągnęłam powietrze i już wiedziałam, że mam wakacje. Dzieci pobiegły od razu do domku na drzewie, który podczas jednego lata zbudował dla nich tata i jest ogromną atrakcją do dziś. Jak wyjeżdżaliśmy stąd ostatnio domek został zabezpieczony licznymi pułapkami. Na schodkach Ania ułożyła liście, a w progu Kuba ustawił duży kamień. Okazało się, że podczas naszej nieobecności, ktoś grasował w domku, bo liści na schodach nie było. Dokładne badania wykazały, że najprawdopodobniej w odwiedziny wybrał się wiatr, który postanowił poderwać suche liście do tańca… Poza tym cisza i spokój.

Rozpakowaliśmy się, mąż skosił trawę sięgającą po kolana, zjedliśmy późny obiad i usłyszeliśmy standardowe pytanie: Czytaj dalej »

Tęsknota pod drzewem czereśniowym

Wakacje Komentarze (1) »

- Dzwoniła?

- Nie. A do ciebie?

- Też nie.

Znów zabrałam się za szorowanie blatów kuchennych, które pomału zaczynały tracić kolor. Po raz kolejny zastanawiałam się, czy kwiatek na parapecie nie powinien stanąć trochę bardziej z boku. Kiedy zapytałam o to męża odpowiedział, że jak zrobię tak będzie dobrze, co jak zwykle odebrałam, jako wiarę w moje umiejętności dekoracyjne… Usiadłam przy stole i wpatrywałam się w gazetowe literki. Mąż siedział obok. Po chwili dołączył do nas Kubuś i zapytał:

- Kiedy Ania wróci?

- Za tydzień. Mówiliśmy Tobie, że wyjechała na 7 dni. To już niedługo – odpowiedzieliśmy zgodnie. Czytaj dalej »

Akcja paszport

Wakacje Komentarze (0) »

Na dworze coraz cieplej, wreszcie przyszło prawdziwe lato. Ania z radością ubrała dziś sukienkę na ramiączkach i prawie poczuła się, jak na plaży. A ja pomyślałam, że już niedługo będziemy na prawdziwej plaży, po szczególnie długiej zimie i jeszcze dłuższej wiośnie uciekniemy stąd i oddamy się w pełni wakacjom. Im dłużej o tym myślałam, tym cieplej robiło się w sercu, a jednocześnie zaczynał się mętlik w głowie, co trzeba będzie jeszcze przygotować. Nasz wyjazd planujemy dopiero w sierpniu, ale… I w tym momencie przypomniałam sobie o paszportach dzieciaczków.

Oboje mieli wyrabiany ten, jakże ważny dokument, jak byli małymi robaczkami. Pamiętam, że Anię najtrudniej było usadowić na krzesełku (żeby nie spadła i jeszcze na dodatek prosto siedziała), nie wspominając już o utrzymaniu Kuby w bezruchu przez sekundę. Paszporty oboje mają wydane na 10 lat, także, jak wydawało mi się każdy myślący człowiek, nie brałam pod uwagę, że może być ważny paszport – nieważnym dokumentem. A jednak… Przypomniałam sobie, jak w zeszłym roku Pani na lotnisku, w okropnym mundurku ze sztucznie przyklejonym uśmiechem łaskawie przepuszczała nas przez bramkę, wskazując na zdjęcia i postacie naszych dzieci. Owszem uśmiechnięte buźki z fotografii prawie w niczym nie przypominają naszych „dorosłych” dzieciaków, ale skoro ważny urzędnik wydał paszport rocznemu dziecku na 10 lat to chyba wiedział co robi. Czytaj dalej »

Truskawkowe wariacje

Wakacje Komentarze (2) »

Myślę, że owoce dzielą się na owoce i owoce niezwykłe. Do tych drugich z pewnością zaliczyć można truskawki. Mają one w sobie jakąś magię. Już sam ich wygląd cieszy oko, nie wspominając o smaku. A truskawkowe ślady na twarzyczkach moich Aniołków… Ale od początku.

Pojechałyśmy dziś z Anią na rynek. Tak jak nie przepadam za zwykłymi zakupami (w tym chyba znacznie odbiegam od ogólnie przyjętych norm, dotyczących mojej płci) tak za zakupami na rynku wprost przepadam. Te zapachy, te kolory, ten gwar, nawet to przepychanie się ludzi mi nie przeszkadza. Nigdy nie mogę się opanować i zawsze wykupuję pół straganu, zastanawiając się potem, jak zamienić moją rodzinę, w rodzinę królików. Niestety nie zawsze uśmiecha im się jedzenie tych wszystkich warzyw i owoców. Ale co do jednego jesteśmy zgodni – wszyscy uwielbiamy truskawki. Od początku sezonu do ostatnich dni codziennie je kupujemy i jemy w najróżniejszych postaciach i o dziwo wcale nam się nie nudzą. Najbardziej jestem dumna z faktu, że dzieciaki ich nie słodzą. Tylko mąż po cichu zakrada się do kuchni i posypuje je cukrem.

Czytaj dalej »

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj