Pierwsze miesiące życia Ani, poza uczeniem się miłości macierzyńskiej czy śledzeniem fenomenalnego rozwoju kojarzą mi się z maksymalnym wyczerpaniem. Codziennie zdobywałam Mont Everest, by po chwili znów zaczynać od zera.
Szczytem szczęścia był uśmiech mojej córeczki. Ania nie pozwalała mi zapomnieć przez okrągłą dobę, że ten szczyt istnieje i warto się na niego pieczołowicie wspinać. Pojawienie się Kubusia uświadomiło mi, że może nie każde kwilnięcie, nie każde gruchnięcie, ba nie każdy mniej umiarkowany oddech powinie obudzić strażnika. Ale na takie luzackie podejście do tematu potrzebne jest drugie dziecko. Ciekawe, jak jest przy trzecim?
Przy Ani czuwałam non stop, i w dzień i w nocy. Szczególnie uciążliwe były noce i wstawanie spod ciepłej pierzynki co dwie godziny. Kubę już brałam do łóżka, karmiłam na śpiąco i rano zastanawiałam się czy aby na pewno to dziecko coś jadło. Przy Ani stawałam na baczność i rozpoczynał się długi proces karmienia, przewijania, przy którym dzidziuś rozbudzał się na dobre, ponownego wyciszania, noszenia na rękach do zaśnięcia, wielokrotnych prób odkładania do łóżeczka…
Po dziewięciu latach Ania nadal jest prawie conocnym gościem w naszej sypialni. Na szczęście już nie muszę wychodzić spod ciepłej pierzynki, ani nie muszę nosić mojego słonika na rękach. Niestety dziewięcioletnia, nawet drobniutka dziewuszka zajmuje sporo miejsca, rozpycha się, kopie i nie pozwala się wyspać. Jeszcze niedawno czułam się jak sardynka w puszce, kiedy również Kubuś przywędrowywał do nas i całą czwórką próbowaliśmy znaleźć swój kawałek poduszki. Wówczas najczęściej rezygnował mąż i umykał do pokoju Ani. Gdy rano udawało mi się wyswobodzić z uścisku dzieci, znajdywałam go błogo śpiącego wśród księżniczek… Na szczęście Kuba zrezygnował już z przychodzenia do nas. Śpi w swojej pirackiej kajucie i ani myśli ogrzewać nas swym ciałkiem w środku nocy.
- Aniu musimy ustalić nowe zasady – powiedziałam pewnego ranka, gdy ból kręgosłupa, po kolejnej nocce, nie pozwalał mi utrzymać kubka z kawą – Jesteś już dużą dziewczynką i czas nauczyć się przesypiać całą noc w swoim łóżeczku.
- O nie, ja się z tym nie zgadzam. Ja się boję i muszę do was przychodzić i będę zawsze tak robić. Już nawet postanowiłam, że nigdy się nie wyprowadzę z domu, nawet jak będę dorosła – z bardzo poważną miną zadeklarowała Ania.
Popatrzeliśmy z mężem na siebie. W jego oczach również zobaczyłam przerażenie. To się nigdy nie skończy. Rozmowie przysłuchiwał się mój brat.
- Aniu, a może chciałabyś takiego świecącego duszka, jak ma Oluś. On by cię w nocy chronił i nie musiałabyś już przychodzić do rodziców – zaproponował wujek.
- O tak mamo, kupisz mi duszka, proszę, proszę – zawołała Ania, której zawsze podobał się duszek w pokoiku małego kuzyna.
- O to ja też poproszę duszka – zawołał Kuba, który nagle nie wiadomo skąd znalazł się przy stole.
Tego samego dnia pojechałam do sklepu kupić armię świecących duszków, które pozwolą nam się wreszcie wyspać. Ania była zachwycona. Duszek podświetlał jej pokój delikatnym zielonym kolorem. My również położyliśmy się z nadzieją do łóżka. Jednak w środku nocy zbudził mnie znajomy tupot.
- Mamuś, cudny jest ten duszek, tak mi się dobrze przy nim śpi. Ale teraz go już wyłączyłam, bo przecież po co ma się palić kiedy jestem u was – sennym głosikiem powiedziała Ania i wtuliła swe ciepłe ciałko między nas.
Ostatnie komentarze