Pierniczkowo

Święta Komentarze (1) »

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta… Już dom błyszczy od brokatu, pachnie pierniczkami… Pies, nasz dzielny stróż pilnuje stołu, z którego co jakiś czas spada lukrowa posypka. Lampki choinkowe świecą przed domem. Z głośników na okrągło płyną kolędy, które Kubuś z ogromnym zapałem wyśpiewuje pod niebiosa. Ania tworzy bożonarodzeniowe dzieła sztuki. Coraz bliżej święta…

Tradycją naszego domu stało się wspólne pieczenie pierniczków. Kiedy zbliża się taki pierniczkowy dzień, wiem, że święta są tuż, tuż. Przyjeżdżają do nas najbliżsi, w kuchni robi się tłocznie i przyjemnie. A od czasu gdy są z nami dzieci wygłupom nie ma końca. Ania i Kuba to już doświadczeni piernikoznawcy. Ale dla mojego chrześniaka – Olusia (półrocznego bratanka) to było pierwsze spotkanie z piernikami. Kuzynostwo postanowiło go intensywnie wprowadzać do tego magicznego świata. Pod nos podtykali mu przyprawy, do rączki wkładali drewniany wałeczek. Oli ciszył się patrząc jak Kuba z zapałem rozwałkowuje ciasto, i z podziwem przyglądał się Ani, która w skupieniu wycinała gwiazdki, choinki, serduszka…

Po upieczeniu pierników zaczyna się najfajniejsza zabawa. Wszyscy zasiadamy przy kuchennym stole, na którym stają miseczki z lukrem, kolorowymi posypkami, cukrowymi gwiazdkami, srebrnymi kuleczkami… I zaczynamy ozdabianie. Przyglądam się wówczas z nieukrywanym zachwytem, jak pracuje dziecięca wyobraźnia. Jak każdy pierniczek jest swoistym dziełem sztuki. Nie ma dwóch takich samych. Jest mi wówczas tak ciepło na sercu, że nie przeszkadzają mi maczane paluszki w lukrze, co chwilę oblizywane, nie przeszkadza mi odgłos posypki spadającej na podłogę i szybki start pasa, by zdążyć przed odkurzaczem. Wiem, że to magiczna chwila…

Po pieczeniu pierniczków jesteśmy już w świątecznym nastroju. Dzieci właściwie każdego wieczoru wyczarowują jakieś ozdoby. Kuba postanowił w tym roku zrobić najdłuższy na świecie łańcuch choinkowy. Aneczka bardziej skupia się na precyzyjnym wykonaniu. Mam wrażenie, że gdzie nie spojrzę, widzę jak mieni mi się w oczach. To pyłek brokatowy, który wykańcza większość dzieł. Dziś muszę jechać po pomarańcza i goździki, bo dzieciaczki postanowiły porobić pachnące „bombki” (wbijamy goździki w pomarańcza, obwiązujemy je wstążeczką i podwieszamy w różnych miejscach). Czeka nas jeszcze wyprawa po choinkę i wspólne decydowanie, która będzie najpiękniejsza. A potem na kilka dni znikniemy w kuchni, by polepić pierogi z kapustą i grzybami, uszka…. Coraz bliżej święta…

Chorobowy tydzień

Codzienność Komentarze (1) »

Jaki tu dziś panuje spokój. Nikt o nic nie pyta, nikt o nic nie prosi. Nawet pies zwolnił obroty i tylko co jakiś czas leniwie machnie ogonem. Wolno popijam kawę, delektując się jej smakiem. Liczę, że mi nikt tego poranka nie przerwie.

W ubiegły czwartek odbierałam dzieci ze szkoły, nie przeczuwając, że nasz rytm zostanie zachwiany. Jak zawsze zostałam zarzucona plecakami, książkami wypożyczonymi z biblioteki, workami od w-f. Kiedy w żółwim tempie posuwaliśmy się w stronę samochodu Ania oświadczyła:

- Nie robię dziś lekcji. Będę chora!

- Mamo, ona tylko tak mówi, żeby nie robić lekcji – szybko ostrzegł mnie Kuba.

Za plecaków, książek i worków próbowałam przyjrzeć się mojej córeczce. Dojechaliśmy do domu. Ania przykryta kocem położyła się na kanapie. Czekałam aż zapyta, czy może obejrzeć jakiś program w telewizji. Ale nie zapytała. Wiedziałam, że sprawa jest poważna.

- Zimno mi mamo, zrobisz mi herbatę – zawołała Ania

Już biegłam z termometrem, zamieniając się w kwoko-pielęgniarkę. Herbata malinowa, cytryny, miody, czosnki, trany zaczęłam wyciągać i przygotowywać nasz dom na spotkanie z chorobą.

W nocy Ania dostała temperaturę, ale poza tym cisza. Poprosiłam zaprzyjaźnioną lekarkę, by się jej przyjrzała.

- Wirusówa. Siedem dni w domu, odpoczynek, witaminki i będzie jak nowa – usłyszałam uspokajający werdykt.

W sobotę położył się Kuba i z własnej nieprzymuszonej woli przespał pół dnia. W nocy dostał temperaturę – werdykt taki sam.

No to mam tydzień z głowy. Dwójka dzieci, mająca energii za siódemkę (temperatura się już nie powtórzyła) i próby odpoczynku. Między nimi dwumiesięczne szczenię. Ratunku!

Ustaliliśmy sobie rytm dnia, dzięki któremu tydzień jakoś nam upłynął. Przed południem dzieciaki nadrabiały zaległości szkolne. A ja próbowałam pracować i tylko czasem łapałam się, że w służbowym mailu wypisuję wyrazy z „ó” niewymiennym, które Ania wyliczała na głos. Kuba dzielnie rysował szlaczki, choć zdecydowanie bardziej wolał poważniejsze zadania. W końcu rączkę równie dobrze można ćwiczyć sklejając łańcuch na choinkę. Dziś mamy chyba najdłuższy łańcuch w okolicy. Po lekcjach zabieraliśmy się za wspólne prace kuchenne. Dzieciaczki, ku radości taty, przygotowywały ciasteczka, sałatki… Potem odpoczynek przy „Lassie wróć”, którą Kubuś przyniósł z biblioteki. I wreszcie upragniony przyjazd taty. Po dwóch dniach włączyliśmy do planu spacery po lesie i trochę energii zostawialiśmy między drzewami.

Dzieci miały wreszcie okazję, by całe dnie spędzać z Qkim. Ania zamieniła się w troskliwą opiekunkę, a Kuba odkrył nowego kompana, który coraz częściej dorównuje mu poziomem energii. Ich ulubioną rozrywką stały się domowe turnieje piłkarskie.

- Proszę państwa, oto wspaniały psi piłkarz – komentował zabawę Kubuś – proszę jak on podaje piłkę, jak broni.

Jednego razu mecz został przerwany. Qki zamiast podawać piłkę postanowił na niej usiąść.

- Mamo, czy on myśli, że jest kurą i znosi jajka – zawołał z oburzeniem Kuba i trochę trwało (dobre dwie minuty) zanim się znów zabrali za wspólne psoty.

Chorobowy tydzień minął, a ja dziś nawet radia nie włączam. Jak przyjemnie jest słuchać tykającego zegara…

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa Sweet angels.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj