Miesiąc temu byłam zdecydowanie bardziej pewna decyzji, którą podejmowaliśmy. Teraz zaczynam czuć się, jak przed nadejściem tornada. I to na własną prośbę.
Ania uwielbia zwierzęta. Od maleńkości uwielbiała, dżdżownice czy gąsienice (które z trudem odróżniam, przełamując obrzydzenie, by w ogóle na nie zerknąć), zachwycały ją ptaszki, kotki, nie wspominając o psach czy koniach. Jej pierwszym bardzo jasno formułowanym marzeniem było posiadanie konia, ale jak to Ania nie wystarczał jej zwykły koń, ale koń ze skrzydłami.
- Mamuś jak ja bym chciała mieć pegaza i latałabym na nim wszędzie – szczebiotała od najmłodszych lat.
Z wiekiem pegaz pozostał w sferze marzeń, jego miejsce zajął psiak. Przez kilka lat udawało nam się jakoś te marzenia spychać na dalszy plan, by wreszcie ulec. Tak zgodziliśmy się, by zamieszkał w naszym domu psiak.
Kuba stara się w bardzo wielu rzeczach naśladować siostrę, również w miłości do zwierząt. Jemu jednak ona nie przychodzi tak naturalnie i kiedy Ania bierze do rąk każdego robaczka, Kuba głaszcze go przy pomocy metrowego kija. Jeszcze do niedawna Kuba na widok psa, biorąc przykład z siostry cieszył się niezmiernie, ale kiedy Ania badała czworonogowi zęby Kuba z trudem przełamywał się, by pogłaskać końcówkę ogona. Stwierdziliśmy zatem, że zaproszenie psa do zamieszkania z nami będzie świetnym sposobem na przełamanie kubusiowego strachu.
Decyzja zapadła. Za dwa dni jedziemy po nowego członka rodziny. Już czeka na niego posłanie, w którym obecnie namiętnie wylegują się dzieciaki, sprawdzając czy szczeniakowi będzie wygodnie. Po podłodze kulają się piłki, gumowe kości… Kuba czesze Ani włosy psią szczotką i patrzy czy jej „sierść” błyszczy. Zamiast wieczornych bajek czytamy książki o wychowaniu psa. Razem ze znajomymi urządziliśmy konkurs na imię i zgonie zostało wybrane - Qki.
Teraz pozostaje cierpliwie czekać. Jeszcze tylko dwa dni…
Ostatnie komentarze