- Mamo, wiem, że to niemożliwe, ale gdyby udało się wyskoczyć z rakiety w kosmosie to czy mogłabym latać, czy spadłabym na Ziemię?
- Mamo, a wujcio powiedział mi, że googleplex uważana jest za największą nazwaną liczbę, to jak będzie się nazywała googleplex plus jeden?
Tak zaczyna się codzienne egzaminowanie mnie. Pytanie za pytaniem wysypuje się z rękawa, a ja staram się nadążyć, odpowiadać zgodnie z prawdą, nie tracąc wiary we własne możliwości. Niestety pytania się coraz trudniejsze i coraz częściej musimy wspólnie szukać odpowiedzi w encyklopediach dziecięcych czy w Internecie. Od pewnych pytań jest dziadek, skarbnica wiedzy i cierpliwość. Ania nawet ma specjalny notesik z pytaniami do dziadka. Siedzą później razem i rozrysowują układy planet czy budowę komputera. A ja w tym czasie z przyjemnością powracam do pradawnej roli i przygotowuję im herbatkę…
Czasem mam wrażenie, że pytania dzieci są swego rodzaju zemstą za naszą młodzieńczą ignorancję i nie przykładanie się do zgłębiania wiedzy. Moje Aniołki najczęściej interesują się tematami z dziedzin, z którymi nigdy nie lubiłam mieć nic wspólnego. Tak jakby się uwzięli i postanowili, że jednak zaprzyjaźnię się z fizyką, matematyką, naukami ścisłymi. Parokrotnie poległam już przed córką nad tabliczką mnożenia. Ostatnio sprawdzając zadanie domowe i głowiąc się i trojąc ile jest 63-19, 76-29 czy 42-15 próbowałam pod stołem dostać się do kalkulatora. Nie bardzo mi to wychodziło i Ania stwierdziła, że chyba jednak lepiej będzie, żeby zadania z matematyki sprawdzał jej tata. Nie wspominając już o zadaniach tekstowych. Od razu czuję ciarki na plecach, przypominam sobie siebie sprzed lat, stoję pod wielką czarną tablicą, pani od matmy stuka długopisem w biurko, a ja nie mogę wymyślić kiedy mój tata będzie starszy ode mnie dwa razy. Jest starszy o dwadzieścia kilka lat i zawsze o tyle będzie. Koniec kropka.
Najgorzej jest w samochodzie. Jeszcze nie zdążymy dobrze wsiąść jak jeden przez drugiego przekrzykują się. Czasem zastanawiam się, czy nie biorę udziału w jakiś zawodach, kto szybciej rozłoży mamę pytaniem. Staram się dzielnie trzymać, ale ile można. Ostatnio po całym dniu piknikowania, wracaliśmy do domu. Byłam zmęczona i liczyłam, że pociechy też się wybiegały i z chęcią posłuchają Dzieci z Bullerbyn, czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Ale jak na złość zaczęli bombardować mnie pytaniami, a co to, a gdyby, a dlaczego… W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam, żeby dali mi spokój i chociaż chwilę ciszy. Gnębiona wyrzutami sumienia dodałam, że jest trudna droga i muszę skupić się na prowadzeniu samochodu, by nie spowodować wypadku i bezpiecznie dowieźć wszystkich do domu. Już po chwili czułam, że zabijam ich ciekawość świata. Wyobraźnia zaczęła mi już płatać figla i widziałam jak moje dzieci, jako nastolatki nie przychodzą do mnie z najtrudniejszymi pytaniami, a życia uczy ich ulica. Wyłączyłam uspokajający głos pani Kwiatkowskiej i przeprosiłam za zniecierpliwienie. Z tył panowała cisza, którą przerwał Kuba:
- Mamo skąd jest trawa?
Ucieszyłam się, bo znam odpowiedź i zaczęłam mówić o nasionkach, które wysypuje się na wcześniej przygotowane podłoże. Nie zbita z tropu pytaniem pomocniczym, a co to jest podłoże, kontynuowałam. Zaczęłam się dobrze czuć, już widziałam, jak w oczach dzieci odbudowuje swój nadszarpnięty autorytet. I nagle trach:
- Ale mamo przecież my wiemy jak się sadzi trawę, bo razem z wami sadziliśmy ją. Mi chodziło oto skąd są te nasionka – pierwsze nasionka, z których wyrosła pierwsza trawa?
Ręce mi opadły i dałam radę jedynie wybełkotać:
- No tak czy pierwsze było jajko czy kura?
- O to też dobre pytanie, to co było pierwsze? – krzyknęli chórem.
Ostatnie komentarze