Żołnierz i księżniczka

Codzienność Komentarze (1) »

Mam dwoje dzieci. Wychowują się w tym samym domu, wśród tych samych zasad, obowiązków, otoczone tą samą porcją (w każdym razie bardzo się staramy) miłości. A jednak jest to dwójka tak odmiennych ludzi, charakterów. Rozumiem, ze mają zróżnicowane zainteresowania, inaczej postrzegają świat. Czasem jednak, próbując stanąć obok, widzę jakby byli wychowywani w dwóch różnych domach, przez zupełnie innych rodziców. I wówczas stawiam sobie pytanie, czy to wychowywanie w ogóle ma jakiś sens? Wiem czasem lepiej pewnych pytań nie zadawać.

 

Ranek. Budzik wyrywa nas z błogiego stanu, rozum nakazuje nie odwlekać egzekucji i jak najszybciej wysunąć się z ciepłego kokonu nocy. Toczę wewnętrzną walkę przed zimnem poranka. I wówczas słyszę, tupot stópek małego robaczka. Staje w drzwiach sypialni szczęśliwy chłopiec. Jego uśmiech na ustach mówi mi, że na świecie nie jest tak źle, że wystarczy przełamać opór, wyskoczyć spod kołdry i będzie super. Na moment przytula się do mnie, by już biec szorować ząbki, ubierać ciuszki, niemal w locie połykać śniadanie, do plecaka włożyć picie, kanapkę, owoc i oczywiście coś słodkiego, jeszcze buty, bluza szkolna i gotowy żołnierz stoi przed drzwiami, a z jego ust wydobywa się okrzyk pierwszy. Tylko z kim on się ścigał?

 

Obok w pokoju nie mieszka przecież drugi zawodnik. Tam zaszyła się księżniczka. Ona pierwsza nie wybiega, ona czeka aż przyjdą ją budzić. Ona nie zrywa się z łóżka tylko zapada się w nie coraz głębiej. Tulona i oblepiana porannymi pocałunkami coraz mocniej zaciąga kołdrę na głowę, jakby ta puchowa pierzynka miała ją zasłonić przed światem. Tam nikogo nie ma, zostawcie laleczkę w spokoju, pozwólcie jej jeszcze chwilkę pobyć w krainie marzeń. Zaspane oczka razi światło słońca, uszy bolą od porannych dźwięków, nóżki nie dają sobie rady z krokami, a rączki nie chcą trzymać szczotki do zębów. Odkręcenie pasty jest wysiłkiem niebywałym, a to dopiero początek zmagań z dniem.

 

Przez pierwsze minuty podchodzę do Ani ostrożnie, starając się pomóc jej w przezwyciężaniu trudów poranka. Jednak im bliżej do godziny zero i wyjazdu do szkoły tym szybciej można zobaczyć jak moja cierpliwość zamienia się w rozdrażnienie. Kiedy uda mi się wyciągnąć śpiocha z łóżka i widzę, że kieruje się w stronę łazienki zostawiam ją i schodzę do kuchni, szykować śniadanie. Co jakiś wołam kontrolnie Aniu! Jak trener na swych zawodników nadając im tempo. Gdy nie słyszę żadnych ruchów na górze, wbiegam na pięterko i staram się nie eksplodować, widząc Anię malującą kwiatki na zaparowanym lustrze w łazience. Wiem, że to dopiero początek, za chwilę zaczną się dyskusje odnośnie rzeczy, które dzień wcześniej Ania sobie przygotowuje. Ale przecież jak można przewidzieć wieczorem, w co człowiek rano będzie się chciał ubrać. Potem fryzura: kitki, warkoczyki, rozpuszczone… Zejście na śniadanie. Czuję się jak kat, który nie pozwala układać abstrakcyjnych wzorków z chrupek, który zabija dziecięcą wyobraźnię. Chłopaki siedzą już w samochodzie i grzeją silniki, a przed Anią jeszcze wybór butów, bluza… Zazwyczaj kiedy już już wydaje mi się, że zamknę za nimi drzwi i zostawię kolejny poranek za sobą Ani przypomina się, że czegoś zapomniała i musi biec na górę.

 

Ale wreszcie udaje się. Towarzystwo w samochodzie pędzi na spotkanie ze światem. A ja przygotowuje sobie kawę, słucham tykającego zegara, popijam pierwszy łyk i witam się z dniem.

 

 

Osiołkowi w żłoby dano

Codzienność Komentarze (0) »

Pierwsze dwa tygodnie września za nami. Czuję się jak taksówkarz na podwójnym etacie. Do szkoły, ze szkoły, na zebranie jedno, drugie, bilans sześciolatka w przychodni, gdzie okazuje się, że córka musi mieć szczepienie:

- Szkoła was nie powiadomiła? – pyta zdziwiona pielęgniarka.

- Przecież tym się zajmuje przychodnia a nie my – odpowiada „szkoła”.

Jak na złość właśnie mija pół roku od ostatniej wizyty u dentysty, więc trzeba i ten punkt na mapie zaliczyć. Po drodze tradycyjnie zahaczamy już o sklep papierniczy, księgarnie i bankomat. Powinnam mieć jakąś zniżkę w bankomacie – kartę stałego klienta. A jeszcze do tego wybór zajęć dodatkowych…

 

Od samego rana człowiek musi wybierać, w co się ubrać (błogosławione mundurki!), co na śniadanie (chrupki z mlekiem, kaszka, owsianka a może chałka z miodem), co przygotować dzieciom na drugie śniadanie… Mamy umowę, że raz w tygodniu mogą mieć kanapki na słodko (masło orzechowe lub nutella), ale pozostałe cztery dni trzeba wymyślać. I tak przez cały dzień stajemy przed mniej lub bardziej ważnymi wyborami. Kiedy człowiek ma świadomość, że jeden wybór pociąga za sobą rozmaite konsekwencje jest mu zdecydowanie trudniej podejmować decyzję. A jeśli mamy pomagać w wyborach dzieci, kształtując w ten sposób ich przyszłość, rany co za odpowiedzialność.

 

Wiadomo, że bez znajomości języków obcych dzieciaki będą w przyszłości skazane na analfabetyzm komunikacyjny. Zatem od najmłodszych lat nauka angielskiego, teraz doszedł niemiecki, jest wpisana w stały plan zajęć. Nasze anioły są niezwykle żywotne, więc jak najbardziej wskazane są dla nich zajęcia sportowe. Mając zaledwie kilka miesięcy oboje zaczęli chodzić na basen i do dziś pływanie uwielbiają. A że to sport, który wszechstronnie rozwija, to jak najbardziej jestem za.

 

Ania uwielbia tańczyć. Od lekcji baletu doszła do zajęć z funky i w tym tańcu się rozkochała – kolejny tygodniowy punkt programu. Kuba poszukuje swojej pasji. W zeszłym roku spodobała mu się piłka nożna, ale jakoś ja nie jestem do tego przekonana. Mąż, na szczęście, nie rozsiada się z namaszczeniem w fotelu przed każdym meczem, także tradycji piłkarskich w rodzinie nie ma. W tym roku oboje bardzo chcieli iść na Aikido – zobaczymy czy im się spodoba. Wczoraj dowiedziałam się jeszcze o kółku sportowym w szkole.

 

Poza sportami Ania jest z natury urodzoną artystką, bujającą w obłokach, także kółko plastyczne – jak najbardziej, Kuba, choć zdecydowanie mocniej stąpający po ziemi, rozpoczął karierę w dziedzinie ceramiki. Będzie trzeba powiększyć półkę, by prace synka mogły dumnie stanąć obok dzieł córki, która przez dwa lata także uczęszczała do pracowni ceramicznej. Szkoła oferuje kółko o Unii Europejskiej, na które oboje zapisali się, jak tylko pani wywiesiła listę. Wiem, że bardzo interesują się geografią, światem a pani, prowadząca kółko, bardzo ciekawie prowadzi zajęcia, ale zastanawia mnie czy czasem nie skusiły ich jeszcze bardziej lizaki, które na koniec zajęć są przez panią rozdawane.

 

Na początku tygodnia mieliśmy małą aferę, bo Kuba bardzo chciał jeszcze chodzić na szachy, ale doszliśmy do porozumienia, że kółko szachowe otworzą sobie z dziadkiem i zamiast do dusznej sali (za kolejną stówkę miesięcznie) będą rozgrywać partyjki przed kominkiem w długie zimowe wieczory.

 

Pomału kształtuje się obraz naszego tygodnia. Dobrze rozpisany plan będzie nieocenioną pomocą, by nikt pomylić fartuszka z ceramiki z kąpielówkami. A ja zastanawiam się czy kupić sobie kalosze? Jeśli nie kupię, koniec z marzeniami o deszczowych spacerach po lesie (na które i tak nie będzie czasu). Ale od czego są marzenia. Jadę kupić, takie kolorowe, najlepiej w kwiatki i z „futerkiem” w środku.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj