Zima dała nam się we znaki. Przez ostatnie tygodnie nie miałam siły na nic poza, tym co konieczne. Zwlekałam się rano z łóżka, by przygotować dzieciom kanapki. Ania i Kubuś powłócząc nogami docierały do stołu. Zachowywaliśmy się jak roboty, których baterie wyczerpują się z godziny na godzinę. Kolejne opady śniegu nie cieszyły już nawet najmłodszych. Przy ostatniej śnieżycy Kubuś z zatroskaną miną pytał, dlaczego ten śnieg pada od zeszłego roku. Czuliśmy, jakby nasz świat opanowywała Królowa Śniegu. Ale wystarczył weekend z temperaturą powyżej 10 stopni (w słońcu dochodziło nawet do 20) a wszystkim zachciało się biegać, skakać, żyć…
Sobotę spędziliśmy na wiosennych porządkach. Przez umyte okna zaczęły wpadać promienie słońca. W dziecięcych szafach zrobiło się miejsce na nową garderobę. Otępiała zimową pogodą nawet nie zauważyłam, że ze wszystkiego wyrośli. Przykrótkie spodnie, zbyt obcisłe bluzeczki. Ania z zacięciem pakowała za małe rzeczy do worków, Kubusiowi z trudem przychodziło rozstanie z ulubionym sweterkiem. Za ciosem przejrzeliśmy zabawki. Ania z chęcią oddawała Kubie te, z których wyrosła (drewniany zegar, niektóre puzzle…) Kubuś nie znalazł nic, co mogłoby opuścić jego progi. Podczas porządków znalazła się masa zagubionych rzeczy (naklejki z kwiatkami, notesik z króliczkiem, koło od traktora…) Każda na wagę złota.
Popołudnie dzieci spędziły na przygotowywaniu wiosennych dekoracji. Kolorowe kwiaty z krepy i bibuły w tekturowych wazonikach porozstawiane tu i ówdzie wprowadzają miłe akcenty kolorystyczne. Nawet poczułam jak pięknie pachną, choć mina mi zrzedła, gdy okazało się, że to dzięki moim perfumom. Ania uczyła Kubusia jak robić filcowe jajka. Z zapamiętaniem moczyli włóczkę czesankową, by obklejać nimi styropianowe jaja. Teraz wszystkie suszą się na kaloryferach. Potem ponaklejają na nie cekiny i jak nic zaczniemy czuć, że nadchodzą kolejne święta.
W niedzielę wybraliśmy się na spacer. Wprawdzie drzewa w lesie nadal wydają się uśpione, ale załapaliśmy się na cudny ptasi koncert. Kalosze grzęzły nam w roztapiającej się ziemi, ale nic to. Ważne, że nie ślizgaliśmy się już po lodzie. Choć gdy zobaczyłam naszego jasnego psa, przez chwilkę zatęskniłam za białym puchem. Ale tylko przez chwilę. Dotarliśmy na leśną polankę, przy której leżała starta pościnanych młodych brzózek. Dzieci nie trzeba było zachęcać, by od razu je do czegoś wykorzystać. Poszczególne pieńki zaczęły przerzucać przez rów i po kilkunastu minutach powstał most. Z dumą prezentowali swoje dzieło, a gdy nawet tata, najcięższy z całej rodziny, przeszedł po nim, uśmiech nie schodził im z twarzy do wieczora.
Czuć, że nadchodzi wiosna. Przed nami odgruzowanie garażu, by móc dotrzeć do rowerów. Odkrycie otulonych przed zimnem roślin w ogrodzie. Kawa w promieniach porannego słońca… Po długim miesiącach zimy wreszcie budzimy się do życia.
Ostatnie komentarze